Ostatnio przemieszczając się zmrożonych chodnikach Warszawy odniosłem wrażenie, że ludzie instynktownie czekają na wiosnę. No shit Sherlock- powie ktoś- czy do tego odkrycia skłonił Cię widok koksowników na przystankach, zmarzniętych ludzi w autobusach czy może zapowiedź 10 stopniowego mrozu jutro i pojutrze?
Cóż, to też, ale...
Widzicie, ludzie chcą się zmieniać. Nadchodząca wiosna jest najlepszą okazją dla wielu by dokonać wewnętrznej przemiany, swoistego przepoczwarzeniu się motyla w gąsienicę (albo odwrotnie) i naprawy swojego ja (tak jakby Nowy Rok nie wystarczył). Nadejście wiosny jest traktowane przy tym jako przydatny argument do odkładania ważkich decyzji na później (tzn do wiosny). Przykład: jak przyjdzie wiosna, to w końcu biorę się za tą książkę/pracę magisterską/znalezienie żony. Jak przyjdzie wiosna to zacznę ćwiczyć i będę przerabiać cegły na mączkę pod Australian Open. Jak przyjdzie wiosna... i w ten deseń.
Tak naprawdę, kiedy przyjdzie wiosna, przylecą bociany i inne Boże stworzenia, zakwitną kwiaty oraz drzewa, my wciąż będziemy tkwili w tym samym punkcie.
Czekając na lato.
P.S Niejako przy okazji, znalazłem motto na najbliższy tydzień: "Założyć rodzinę. Myślę, że łatwiej by mi przyszło założyć imperium."
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
AO już było, to pierwszy grand slam sezonu, plus na mączce grane jest tylko French Open... ale tak, możesz mieć rację ;).
OdpowiedzUsuńgieoe
jakże głębokie przemyślenia w tym wpisie ;P
OdpowiedzUsuńjarza